Dedykacje

Łączna liczba wyświetleń

sobota, 7 września 2013

One Dream: One Love (Rozdział 7)


Zanim przeczytasz!
W tym rozdziale dochodzi nowy chłopak, więc...

Romano Demetrien. Ma 22 lata. Nie ma dziewczyny. Jest podobny do byłego Su. (Charakterem, ale Su tego nie zauważa tego bo się zakochała. Serce podpowiada jej, że kocha Louisa, ale na chwilę o nim zapomina zatapiając się w oczach pewnego siebie Romano.)

Dojechaliśmy do jakiegoś sklepu. Lou powiedział, że to tu więc wysiedliśmy z jego samochodu. Louis założył okulary przeciw słoneczne, a mnie podał moje (które, ja głupia, zostawiłam rano w jego samochodzie). Weszliśmy do środka. Było tam bardzo dużo pamiątek i innych rzeczy. Rozglądałam się i w końcu znalazłam prezent idealny. To była mała, ozdobna figurka żółwia z małymi żółwikami. Podeszłam do kasy, zapłaciłam za figurki i zaczęłam szukać Lou.
- O tu jesteś. Wszędzie cię szukałam. – powiedziałam gdy już się odnaleźliśmy
- I co? Znalazłaś coś dla Liama? 
- Tak. Żółwika i kilka małych żółwików.
- Na pewno mu się spodoba. – uśmiechnął się – Dobra. Wracajmy do domu.
- Jeszcze muszę kupić coś w co się ubiorę na tą imprezę. Ty idź gdzie chcesz, ja widziałam tu po drodze sklep z ciuchami, spotkamy się przy samochodzie.

Znalazłam idealną sukienkę i ruszyłam do samochodu Lou.
- Nareszcie. – westchnął chłopak
- Zajęło mi to dziesięć minut, z czego sześć minut szłam. – odpowiadając wsiadłam do samochodu
- Do domu?
-Do domu. – uśmiechnęłam się.
- To jak było w pracy? – zapytał chcąc podtrzymać rozmowę
- Dobrze. Roxy jest bardzo miła. Cieszę się, że z nią pracuję.
- A co u Al i Vi?
- Dobrze. – odpowiadam zerkając w okno aby nie widział, że łzy zaczynają mi spływać po policzkach.
- Su? Wszystko dobrze? Ty płaczesz? – pyta spoglądając na mnie
- Nie, - zaczynam wycierając oczy – ja tylko… po prostu mi ich brakuje. – tym razem rozpłakałam się na dobre.- Nigdy nie wyjeżdżałyśmy nigdzie bez siebie. One są dla mnie jak siostry. Po tym jak moi rodzice i brat zaginęli to tylko one mi zostały. Były ze mną od początku do końca.
- Przykro mi. – mówi łapiąc mnie za rękę i mocno ściskając- Mam pomysł. Chodźmy na lody, żeby poprawić ci humor, okey?
- Okey. – mówię zmuszając się do uśmiechu.

Gdy byliśmy na miejscu weszliśmy do małej cafeterii. Louis odsunął mi krzesło, a sam usiadł naprzeciwko.
- Ładnie tu, prawda.- mówił rozglądając się po lokalu.
- Tak. Urocze miejsce.
- Jeśli przyjdzie taki czas, że oświadczę się El to zrobię to tu. – kontynuował dalej rozglądając się po pomieszczeniu.
Podeszła do nas kelnerka. Ja zamówiłam sok marchewkowy i ciastko marchewkowe. Louis to samo.
- Lubisz marchewki?- spytał patrząc na mnie ze zdziwieniem
- Nie, nie lubię. Ja je kocham. Już od piątego roku życia jem marchewki.- odpowiadam, a on zaczyna się tylko cicho śmiać.
Kelnerka przyniosła nam nasze zamówienia.
- Jesteście parą? – pytała bo Lou nadal nie ściągnął okularów przeciw słonecznych. – Bo zamawiacie to samo, jesteście w romantycznym miejscu. – mówiła dalej cały czas się uśmiechając
- Nie! – odpowiadam szybko- Jesteśmy przyjaciółmi. Tylko przyjaciółmi, nic więcej. – dodaję z przekonaniem patrząc na kelnerkę.
- No dobrze. Smacznego. – mówi odchodząc
Ja przelotnie patrzę na chłopaka i podnoszę do ust szklankę z sokiem.

- C-co się stało? – pytam widząc, że jestem podłączona do sprzętu medycznego, a Louis siedzi i patrzy na mnie. Zauważyłam, że ma mokre oczy.
- Su. Jak się cieszę! Myślałem, że nie żyjesz.
- O co chodzi? Dlaczego jestem w szpitalu? Louis o co tutaj chodzi?- pytam coraz bardziej przerażona.
- Byliśmy w tej cafeterii, pamiętasz, - kiwam głową – nagle podbiegła do ciebie jakaś dziewczyna i zanim zdążyłem zareagować ona walnęła cię w tył głowy i uciekła, a ty upadłaś na podłogę, zadzwoniłem po karetkę. Strasznie się martwiłem, ale lekarz powiedział, że jeśli się jeszcze dzisiaj obudzisz możesz spokojnie iść do domu. – mówi a do oczu nadal napływają mu łzy
- Su! – powiedziała Pezz wchodząca z resztą chłopaków. – Su już dobrze? – pyta ocierając łzy
- Tak,- mówię lekko się podnosząc. – wszystko dobrze. Dzisiaj wychodzę.
- Louis mówił nam co się stało. – dodał Liam
- Przepraszam, ale powinni państwo wyjść, wszyscy bez wyjątków.- powiedział wchodzący lekarz.
Zbadał mnie a potem wypisał do domu. Dojechaliśmy i od razu poszłam do pokoju odpocząć. Po godzinie ktoś zapukał do moich drzwi.
- Proszę.
- Hej! – powiedział Lou- Chciałem cię jeszcze raz przeprosić.
- Louis, nie masz za co przepraszać. To nie twoja wina. Zrozum to wreszcie. Nie chcę żebyś obwiniał się za coś na co niemiałeś wpływu. – powiedziałam wstając z łóżka. Mam dosyć i podchodzę do niego patrząc mu w oczy i próbując w nich nie odpłynąć- To niebyła twoja wina! Louis przestań się za to obwiniać! Chciałeś mnie pocieszyć po tym jak poryczałam się na samą myśl o Al i Vi, zabrałeś mnie do cafeterii, zabrałeś do szpitala gdy to się wydarzyło i jeszcze obwiniasz mi się tu za to, że poprawiłeś mi nastrój?- zaczynam mówić coraz głośniej.
- Nie mogłem poprawić ci humoru. Nie po tym co się stało. – powiedział prawie szeptem
- Nie masz racji. Poprawiłeś mi humor, ale teraz jestem na ciebie wściekła…
- Masz prawo… - powiedział spuszczając głowę
- Louis! Nie jestem wściekła za tamto tylko za to, że się cały czas obwiniasz za tą głupią sytuację. Żyję?
- Tak. – odpowiada podnosząc na mnie wzrok.
- No właśnie! Czyli nic się niestało! Louis wiesz, że nie mogłabym cię za to obwiniać. Jesteś moim przyjacielem.  – zaczynam się bardziej uspokajać
-Ale… - zaczyna, a ja nie pozwałam mu skończyć.
- Żadnych ale! Louis! Nie rozumiesz? To nie twoja wina! Louis…
- Tak? – pyta z westchnieniem.
- Nieważne… Dalej będziesz się obwiniał? – pytam, robiąc się coraz bardzie j spokojniejsza bo wiem, że z nim nie wygram.
- A mam? – pyta załamanym głosem i od razu spuszcza głowę – Wydaje mi się, że powinienem.
- Nie powinieneś. – mówię podnosząc jego opuszczoną głowę zmuszając go, żeby spojrzał na mnie. – Proszę to nie jest twoja wina.
 - A jeśli jest? –pyta dalej załamany
Nie wytrzymuję. Mijam Lou i wychodzę z pokoju. Zbiegam na dół i ubieram buty. Chcę być jak najdalej stąd. Dlaczego nie chce zrozumieć, że to nie jego wina? Idę przed siebie.

Mija jakieś dwadzieścia minut i jestem na pięknym, ale podniszczonym moście. Zaczyna padać. Stoję na nim, a krople deszczu mieszają mi się ze łzami smutku i złości. Nagle podszedł do mnie jakiś chłopak.
- Hej! Jestem Romano. Coś nie tak…
- Su. Nic nie jest w porządku.
- Powiedz co się stało. – mówi, a jego akcent jest taki uroczy, że gdy się odwracam prawie mdleję.  




__________________________________________________________________
Siemanko! Tu znowu ja i przepraszam, że tak późno ale miałam wyjazd integracyjny i dzisiaj wróciłam. Ale mam nadzieję, że ta część się wam spodoba...

// Zara

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz